niedziela, 20 sierpnia 2017

Z RAJU DO PIEKŁA


Jak co roku wakacje spędzaliśmy w Borach Tucholskich. Cudowne miejsce, magiczne wręcz, ładujące akumulatory na cały rok. Dzieci i wnuki praktycznie wychowywały się tutaj od maleńkości. 









To tutaj pod stopami ziółka zastępujące całą aptekę i wnuki też powoli już uczą się ich zastosowania, przynajmniej tych podstawowych. Drobne rany, obtarcia i już przykładany jest liść babki tamujący krew i szybko zasklepiający skaleczenie... Krwawnik, skrzyp, macierzanka, rumianek i jeszcze wiele, wiele innych...





Wieczory, jeśli ciepłe, bo w tym roku zbyt dużo ich nie było, spędzane nad wodą ( tu nie ma komarów!!!), albo przy ognisku i śpiewaniu  z przyjaciółmi do wtóru dziadkowej gitary.













Nasz wnuczek Zbysio bardzo sobie chwalił takie wieczory, kiedy reszta bractwa przebywała jeszcze w plenerze, a on mógł wreszcie zaczytywać się w swoich ulubionych książkach...





Co piątek w ośrodkowej kawiarni odbywała się zabawa, której pierwsze godziny były przeznaczone dla dzieci. Nasze wnuczki zawsze stroiły się na zabawę. Sukienki były zmieniane nawet w trakcie zabawy...



I właśnie w taki piątkowy wieczór około godziny 23-ciej ten idylliczny, wakacyjny czar prysł. Akurat wróciliśmy z wnukami do przyczep, by ułożyć je do snu po zabawie, gdy zaczął się armagedon... W jednej chwili straszliwy hałas, jak gdyby ogromny buldożer wjechał od jeziora w las, na nasze pole namiotowe. Awaria prądu spowodowała, że nagle zrobiło się ciemno rozświetlane co sekunda błyskawicami, które jednak nie kierowały się do ziemi, wyładowania były między chmurami, co zwiększało jeszcze grozę sytuacji. Przyczepa trzęsła się i wyglądało tak jakby za chwilę miała oderwać się od ziemi. Huk wiatru, trzask walących się drzew, uderzenia gradu i wody, gałęzi o przyczepę i strach o dzieci te w naszej przyczepie i te obok, gdzie była córka z rodzinką... Tego nie da się opisać... Trauma pozostanie na długo...
Anioł Stróż nie pozwolił jednak spaść żadnemu drzewu na naszą i córki przyczepę. Nad pozostałymi mieszkańcami pola namiotowego też czuwała Opatrzność, bo chociaż nie mieli tyle szczęścia co my- ich namioty. przyczepy zostały zniszczone- ale ludziom nic się nie stało...Strażacy, którzy dobili się do nas na drugi dzień około czternastej nie mogli uwierzyć, że wszyscy są cali.
Mieszkający w pawilonach wczasowicze przyjęli na resztę nocy wszystkich poszkodowanych, dzieląc się kocami, pościelą...
Rano świat już nie był taki sam jak jeszcze wieczorem...








































































Po udrożnieniu wyjazdu przeprowadzono ewakuację ośrodka, ale powrót do domu nie był takim jak co roku powrotem. Towarzyszący przez wiele kilometrów obraz zniszczeń ( na tym terenie 70% lasu zniknęło ), kikuty połamanych sosen, powyrywane z korzeniami brzozy, wprawiały w przygnębienie...



Po kilku dniach ściągnęliśmy przyczepy do domu ale jak już pisałam wcześniej trauma po tych wydarzeniach pozostanie na długo. 
Teraz już na szczęście w domku, sprzątanie, dochodzenie do codzienności, normalności...





Pozdrawiam Wszystkich odwiedzających mojego bloga życząc spokoju i wyciszeń...
                                   Wanda