Jak co roku wakacje spędzaliśmy w Borach Tucholskich. Cudowne miejsce, magiczne wręcz, ładujące akumulatory na cały rok. Dzieci i wnuki praktycznie wychowywały się tutaj od maleńkości.
To tutaj pod stopami ziółka zastępujące całą aptekę i wnuki też powoli już uczą się ich zastosowania, przynajmniej tych podstawowych. Drobne rany, obtarcia i już przykładany jest liść babki tamujący krew i szybko zasklepiający skaleczenie... Krwawnik, skrzyp, macierzanka, rumianek i jeszcze wiele, wiele innych...
Wieczory, jeśli ciepłe, bo w tym roku zbyt dużo ich nie było, spędzane nad wodą ( tu nie ma komarów!!!), albo przy ognisku i śpiewaniu z przyjaciółmi do wtóru dziadkowej gitary.
Nasz wnuczek Zbysio bardzo sobie chwalił takie wieczory, kiedy reszta bractwa przebywała jeszcze w plenerze, a on mógł wreszcie zaczytywać się w swoich ulubionych książkach...
Co piątek w ośrodkowej kawiarni odbywała się zabawa, której pierwsze godziny były przeznaczone dla dzieci. Nasze wnuczki zawsze stroiły się na zabawę. Sukienki były zmieniane nawet w trakcie zabawy...
I właśnie w taki piątkowy wieczór około godziny 23-ciej ten idylliczny, wakacyjny czar prysł. Akurat wróciliśmy z wnukami do przyczep, by ułożyć je do snu po zabawie, gdy zaczął się armagedon... W jednej chwili straszliwy hałas, jak gdyby ogromny buldożer wjechał od jeziora w las, na nasze pole namiotowe. Awaria prądu spowodowała, że nagle zrobiło się ciemno rozświetlane co sekunda błyskawicami, które jednak nie kierowały się do ziemi, wyładowania były między chmurami, co zwiększało jeszcze grozę sytuacji. Przyczepa trzęsła się i wyglądało tak jakby za chwilę miała oderwać się od ziemi. Huk wiatru, trzask walących się drzew, uderzenia gradu i wody, gałęzi o przyczepę i strach o dzieci te w naszej przyczepie i te obok, gdzie była córka z rodzinką... Tego nie da się opisać... Trauma pozostanie na długo...
Anioł Stróż nie pozwolił jednak spaść żadnemu drzewu na naszą i córki przyczepę. Nad pozostałymi mieszkańcami pola namiotowego też czuwała Opatrzność, bo chociaż nie mieli tyle szczęścia co my- ich namioty. przyczepy zostały zniszczone- ale ludziom nic się nie stało...Strażacy, którzy dobili się do nas na drugi dzień około czternastej nie mogli uwierzyć, że wszyscy są cali.
Mieszkający w pawilonach wczasowicze przyjęli na resztę nocy wszystkich poszkodowanych, dzieląc się kocami, pościelą...
Rano świat już nie był taki sam jak jeszcze wieczorem...
Po udrożnieniu wyjazdu przeprowadzono ewakuację ośrodka, ale powrót do domu nie był takim jak co roku powrotem. Towarzyszący przez wiele kilometrów obraz zniszczeń ( na tym terenie 70% lasu zniknęło ), kikuty połamanych sosen, powyrywane z korzeniami brzozy, wprawiały w przygnębienie...
Po kilku dniach ściągnęliśmy przyczepy do domu ale jak już pisałam wcześniej trauma po tych wydarzeniach pozostanie na długo.
Teraz już na szczęście w domku, sprzątanie, dochodzenie do codzienności, normalności...
Pozdrawiam Wszystkich odwiedzających mojego bloga życząc spokoju i wyciszeń...
Wanda
Dzięki Bogu Wandziu, że wróciliście wszyscy zdrowi. Wierzę w moc modlitwy i w cudowne ocalenia. Przyroda często nam pokazuje, że jesteśmy mali i bezsilni wobec niej...
OdpowiedzUsuńWasz lęk o dzieci musiał być niewyobrażalny...
Kochana cieszę się,że piszesz. Pamiętałam,że wybierasz się w Bory i myślałam czy nic Wam się nie stało a wiem dokładnie co się tam działo. Z kontaktów ze znajomymi,mieszkańcami tych okolic znam rozmiar tragedii, byliśmy u nich z pomocą.Pozdrawiam serdecznie, jesteście na prawdę szczęściarzami
OdpowiedzUsuńOMG
OdpowiedzUsuńWandziu, tak się cieszę, że całej Twojej rodzince nic się nie stało. Oczywiście, nie tylko o Was myślę ale i wszystkich tych, którzy spędzali tam swoje urlopy. Oczywiście, trauma po takich przeżyciach pozostanie w Waszej pamięci jeszcze długo. Koszmarnie to wszystko wygląda.
Serdecznie pozdrawiam:)
Cieszę się, że wyszliście cało z tego piekła, wiem, że trauma zostanie na długo, ale najważniejsze, że jesteście cali i zdrowi. Strasznie szkoda ludzi i lasu, takie tragedie uczą pokory.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.:))
Dzięki bogu nic Wam się nie stało.To bardzo przykre co Was spotkało i bardzo Wam współczuję.Pozdrawiam serdecznie i spokoju życzę:)))
OdpowiedzUsuńOpatrzność Boska była nad Wami, bo wielka tragedia rozegrała się w tych stronach. Ucierpieli wszyscy - ludzie, zwierzęta, drzewa:((. Jeszcze długo, długo ludzie będą dochodzić po tych przejściach! Oby nigdy więcej tego nie było!
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam.
Jak łatwo piękne wakacje mogą się przekształcić w Armagedon! Patrząc na te zdjęcia Wandziu,to mieliście dużo szczęścia,bardzo się z tego cieszę.Pozdrowionka.
OdpowiedzUsuńStraszne chwile przeżyliście i całe szczęście, że nic Wam się nie stało. Zdaję sobie sprawę, że długo jeszcze będzie Cię męczył widok po tej nawałnicy. Współczuję wszystkim ludziom, którzy coś takiego przeżyli. Pozdrawiam gorąco:)
OdpowiedzUsuńWando, najwazniejsze,ze wrociliscie bezpiecznie do domu, natura jednak potrafi byc okrutna, pozdrawiam cieplutko:)
OdpowiedzUsuńAż trudno uwierzyć, że może być aż tak. Wandziu jak się cieszę, że wróciliście cali i zdrowi. Teraz już będzie tylko lepiej. Życzę spokoju. Pozdrawiam:):):)
OdpowiedzUsuńZ grozą oglądałam zdjęcia. Chwała Bogu, że nic Wam się nie stało. Przeżyliście straszny kataklizm. Kiedy oglądam w telewizji znane mi miejsca, których praktycznie już nie ma (Nadleśnictwo Lipusz) to mi się chce płakać. Straszna i nieokiełznana jest siła przyrody. Ale przyroda też potrafi leczyć rany, tylko jej wiele czasu potrzeba. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńAj, Mamciu, komentowanie tego jest chyba zbędne...mogę powiedzieć tylko, że cieszę się byłyśmy razem! Jestem pewna, że nasi opiekunowie czuwali nad naszą rodziną. Popłakałam się patrząc znów na te NASZE Bory...przypominając sobie wszystko...możesz się cieszyć, że masz takie fajne obserwatorki bloga...tyle słów miłych :) i ps. zdjęcia na początku są piękne...cienie i truskawki i Zbyś czytający...za rok zrealizujemy wszystkie zaplanowane sprawki - obiecuję...będę miała już auto :D kocham WAS!
OdpowiedzUsuńTo naprawdę cud,że nic nikomu się nie stało,wygląda to okropnie.
OdpowiedzUsuńojej bardzo Wam współczuje ...coś strasznego , ale dobrze ,że nikomu nic się nie stało...
OdpowiedzUsuńijuz jesteście bezoieczni w domu...
ściskam
Przeczytałam Twoją relację wczoraj,ale nie potrafiłam zebrać myśli i sensownie skomentować tego, co zobaczyłam. Dzisiaj też nie potrafię.
OdpowiedzUsuńDoskonale rozumiem i pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńMasakra... brakuje słów... Całe szczęście, że ludziom nic się nie stało, ale lasu szkoda...
OdpowiedzUsuńByła blisko tego miejsca w czasie tej burzy, ale epicentrum było dokładnie nad Borami. Dobrze, ze nikomu nic się nie stało. Pisałam już u siebie, ze bardzo szkoda mi tych lasów, bardzo też współczuje poszkodowanym. Pozdrawiam Ciebie i życzę spokoju.
OdpowiedzUsuńPrzeżyliście chwile grozy , na szczęście wszyscy żyjecie. Na taki żywioł nie ma sił . Życzę Wam jak najszybszego powrotu do normalności i spokoju. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńPewnie najswietsza Panienka miala Was wszystkich w opiece..
OdpowiedzUsuńZycze wyciszenia, spokoju, pozdrawiam, Teresa
Dziękuję i pozdrawiam serdecznie
UsuńTo przerażające co Wy przeżyliście...Ewa
OdpowiedzUsuńTo straszne ...ale jesteście cali nic nikomu się nie stało ! Tak to opatrzność Boża! Pozdrawiam Wandziu z całego serca.
OdpowiedzUsuńStraszne co się teraz dzieje z pogodą; strach gdziekolwiek pod namiot wyjeżdżać...
OdpowiedzUsuńwidzę okrutne zniszczenia aż dziw < chwała Bogu ! >, że nikomu się nic nie stało... siedząc w domu ostatnio boję się burzy bo posesję mam dużą i nieraz widziałam coś w rodzaju trąby... a komin na łeb zawsze może polecieć mi uszkodzić resztę domu
pozdrawiam Wandziu; cieszę się, że wszystko w porządku